Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start / Aktualności / Energia odnawialna? Nie na naszym podwórku

Energia odnawialna? Nie na naszym podwórku

„Not In My Back Yard” (w skrócie NIMBY) to zjawisko popularne na całym świecie, a przynajmniej w jego demokratycznych zakątkach. Sprowadza się – w dużym uproszczeniu – do oprotestowywania przez lokalne społeczności projektowanych po sąsiedzku inwestycji. Stąd właśnie wywodzi się angielska nazwa tego zjawiska, tłumaczona na język polski jako „nie na moim podwórku” lub „nie w moim ogródku”.

Wydaje się, że naturę NIMBY już na początku XX w. trafnie opisał Stanisław Wyspiański. „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna” – pisał dramaturg w „Weselu”. Na tym właśnie opiera się bowiem mechanizm społecznych protestów, które dopuszczają budowę danej inwestycji w każdym zakątku globu, byle nie w bezpośrednim sąsiedztwie domostw protestujących mieszkańców. NIMBY najczęściej dotyczy bowiem inwestycji, co do których panuje z jednej strony powszechna zgoda, że są danej społeczności potrzebne, ale równocześnie traktowane są jako groźne dla najbliższego otoczenia, dlatego mieszkańcy, choć z jednej strony są skłonni je wybudować, woleliby żeby powstały możliwie jak najdalej od ich obejścia. Tymczasem przerzucanie niechcianej inwestycji z rąk do rąk – czy raczej, z ogródka do ogródka – niczym odbezpieczonego granatu zwykle kończy się tragicznie. Gdy plan budowy obiektu upada, traci na tym po równo cała społeczność. „NIMBY okazuje się być przykładem zwycięstwa wąsko rozumianego interesu indywidualnego, który przedkładany jest nad wspólny” – opisuje to zjawisko dr hab. Piotr Matczak, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

W ostatnich latach lista inwestycji, które generują zjawisko NIMBY zauważalnie się wydłuża. To już nie tylko drogi, fabryki czy wysypiska odpadów, ale coraz częściej także instalacje energetyczne wykorzystujące odnawialne źródła energii. Prasa w regularnych odstępach czasu donosi o protestach przy budowie biogazowi, a nawet elektrowni wiatrowych. Czego boją się mieszkańcy?
Wydawany w północno-zachodniej części województwa śląskiego tygodnik „Gwarek” (w wydaniu 7 sierpnia br.) informuje, że mieszkańcy gminy Koszęcin (pow. lubliniecki) najpierw przegonili inwestorów chcących wybudować dwie elektrowni wiatrowe, a obecnie kręcą nosem na biogazownię, którą w Nowym Dworze wybudować chce poznański Energobiogaz. „Czy biogazownia podzieli los wiatraków w gminie?” – pyta dziennikarz. Prawdopodobnie tak – odpowiada „Dziennik Zachodni”, który informuje (również 7 sierpnia br.), że poznański inwestor zdążył już wycofać się z budowy innej biogazowi w Kawkach w gminie Panki (pow. kłobucki). „Biogazownia dałaby gminie roczny dochód w wysokości ok. 300 tys. zł, a zatrudnienie znalazłoby około 10 osób. Zyskaliby także mieszkańcy, którzy mogliby sprzedawać odchody zwierzęce lub odpady organiczne ze swoich gospodarstw” – czytamy w dzienniku. Lęk przed uciążliwym – zdaniem mieszkańców – sąsiedztwem okazał się jednak silniejszy, niż perspektywa ewentualnych korzyści. „Mieszkańcy argumentowali, że boją się o swoje zdrowie i nie chcą wdychać szkodliwych oparów” – pisze „Dziennik Zachodni”. Gazeta dodaje, że mieszkańców nie przekonała nawet wizyta w Kostkowicach (pow. cieszyński), gdzie z powodzeniem działa podobny zakład. Podobny scenariusz konsultacji Energobiogaz przewidział także dla inwestycji w Nowym Dworze. Jak pisze „Gwarek”, w tym wypadku inwestor zabrał gminnych radnych do biogazowni w Łanach Wielkich (pow. gliwicki). Aby inwestycja się powiodła, poznańska spółka będzie musiała jednak przekonać do niej przede wszystkim mieszkańców niewielkiej osady: „Liczę, że Energobiogaz zorganizuje dla nich spotkanie informacyjne, na którym będą mogli się ze sprawa zapoznać oraz wyrazić swoje zdanie. To właśnie ich opinia będzie dla nas najważniejsza” – cytuje Grzegorza Ziaję, wójta gminy Koszęcin, „Gwarek”.

Nie lepiej jest z farmami wiatrowymi. Na spore problemy przy inwestycji natrafił chociażby przedsiębiorca z Gliwic, który w nieodległych Zbrosławicach (pow. tarnogórski) chce wybudować elektrownię wiatrową o mocy 90 MW. Z podobnym problemem spotkała się firma Akuo Energy, która planuje ustawić swoje wiatraki w Wielowsi (pow. gliwicki). Tu również znaleźli się mieszkańcy, którzy w imię spokoju i ochrony krajobrazu nie szczędzili sił i środków, żeby zablokować inwestycję. Niektórych rolników nie przekonuje nawet to, że – jak podaje portal wnp.pl – za ustawienie na swoim terenie jednego wiatraka z tytułu dzierżawy mogą zarobić nawet 25 tys. zł rocznie. Aktywiści sprzeciwiający się wiatrowym inwestycjom twierdzą, że szpecą one krajobraz, przeraźliwie szumią, a „poruszające się łopaty siłowni rzucają szkodliwy, wirujący cień”. O szkodliwości „wirującego cienia”, który ma powodować u ludzi „efekt migotania”, przeczytać można w „Gazecie Wyborczej” (wydanie z 9 maja br.), która wzięła pod lupę protesty mieszkańców na Lubelszczyźnie. O skali problemu świadczyć może fakt, że tylko w tym jednym województwie dziennikarze naliczyli co najmniej 10 równolegle prowadzonych protestów. Dotyczyły one, oprócz elektrowni wiatrowych, także biogazowni oraz odwiertów w poszukiwaniu gazu łupkowego. „Sądzę, że przeciwników można podzielić na kilka grup. Po pierwsze, to ludzie, którzy są zazdrośni, że osobiście nie otrzymają żadnych profitów z planowanej inwestycji. Po drugie, są to pseudoekolodzy protestujący, mimo że np. Greenpeace wspiera farmy wiatrowe. Trzecią istotną grupę stanowią ci, którzy nie chcą, żeby coś się zmieniło. Mają dużo wolnego czasu i czują misję zachowania status quo sprzed 30 lat. Nie jest istotny dla nich argument, że w efekcie takich inwestycji wpływy budżetowe gminy rosną często kilkadziesiąt procent” – przekonuje cytowany przez gazetę Jacek Błądek, członek zarządu chcącej zainwestować w gminie Abramów (pow. lubartowski) spółki Elektrownie Wiatrowe Wschód.

Wyjątkową nieustępliwością wykazali się także mieszkańcy gminy Olszanka (pow. brzeski), których walka – nomen omen – z wiatrakami zaprowadziła aż na salę rozpraw Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu. Ten ostatni w kwietniu odrzucił ich skargę na rzekome złamanie prawa przy uchwalaniu nowego planu zagospodarowania przestrzennego, umożliwiającego budowę na gruntach należących do Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej elektrowni wiatrowej. O sprawie informowało w kwietniu tego roku Radio Opole podkreślając, że protestujący mieszkańcy nie mają zamiaru się poddać. „Nasze pismo ponownie wpłynęło do rady gminy. Czekamy na odpowiedź. Z tego co wiem, to sesja rady odbyła się i rada odrzuciła naszą skargę, więc za około dwa tygodnie znów wniesiemy skargę do WSA” – zapowiadał na falach radia Grzegorz Śliwa, mieszkaniec wsi Jankowice.

Na szczęście nie wszędzie sytuacja jest równie dramatyczna. W maju tego roku na zlokalizowanie u siebie elektrowni wiatrowej zgodzili się na przykład mieszkańcy Poręby Górnej, wsi w gminie Wolbrom (pow. olkuski). Inwestycja o mocy kilkunastu MW przygotowywana przez krakowską spółkę Juwi Energia Odnawialna spotkała się z akceptacją 80% mieszkańców, którzy wzięli udział w tajnym głosowaniu zorganizowanym w miejscowej szkole. Początkowo pozytywna opinia lokalnej społeczności nie była jednak oczywista. Jak podkreśliły relacjonującą tę sprawę „Wolbromskie Wiadomości”, „firma planująca tę inwestycję, poprzez kolejne działania starała się przekonać mieszkańców do celowości budowy farmy wiatrowej w Porębie Górnej, a przede wszystkim do rozwiania związanych z nią obaw. W tym celu dwukrotnie przeprowadzono konsultacje społeczne połączone z prelekcjami i zorganizowano dla mieszkańców wyjazd studyjny do Łęk Dukielskich w celu przyjrzenia się podobnej istniejącej już inwestycji. Takie działania otwartości i szerokiego przepływu informacji doprowadziły w ciągu kilku miesięcy do wyrażenia przez mieszkańców zgody na taką wciąż nowatorską inwestycję w naszych realiach”.

Małopolski przykład dowodzi, że uczciwie prowadzoną kampanią informacyjną inwestorzy mogą zaskarbić sobie zaufanie sąsiadów. To ważne, bo bez takich inwestycji, jak ta w okolicy Wolbromia, Polska może mieć problem z realizacją narzuconego przez Komisję Europejską pakietu 3 x 20. Ciężar kampanii informacyjnej powinni jednak brać na siebie nie tylko inwestorzy, ale także gminy, którym również powinno zależeć na przyciągnięciu do siebie sektora odnawialnych źródeł energii. To wszak nie tylko korzyści czysto ekonomiczne, takie jak dochody z podatków i miejsca pracy, ale także wizerunkowe. Nie jest bowiem prawdą, jakoby wiatraki miały psuć krajobraz. Wręcz przeciwnie, budują one wizerunek zielonej, przyjaznej środowisku gminy, który jest szczególnie cenny dla miejscowości żyjących na przykład z turystyki. Inwestycje w energetykę odnawialną przynoszą więc korzyści na wielu płaszczyznach i warto, żeby samorządy próbowały docierać z tą informacją do swoich mieszkańców zanim jeszcze ci zawiążą kolejne komitety protestacyjne.

 


Źródło: Portal Gmina-Energia-IT